Bywa, że damy radę.... Niestety

person Autor: Administrator comment Comment: 0 favorite Odsłon: 224

Specjalista:   Sławek Czarnecki

Więc jest na szczycie Wreszcie na szczycie

W końcu doczekał się chwały

Łeb nurza w niewyczerpanym błękicie

Pod stopą głazów zawały

Własnym pomnikiem stał się za życia

Już nieoddzielny od skały

Więc skąd z ust jego nieludzkie wycie

Któremu świat jest za mały

Choć rzadko zdajemy sobie z tego sprawy, a jeszcze rzadziej chcemy zdawać sobie z tego sprawę, jest coś w nas, co ciągnie nas do przeżywania tego, co już przeżyliśmy. Czasem mówi się na to podświadomość, czasem klątwa, czasem dusza. A może po prostu jesteśmy nafaszerowani bajkami z dobrym zakończeniem.

Gestalt mówi na to domykanie figury. Ale figura wcale nie musi domknąć się szczęśliwie. Za to musi domknąć się w nas. To takie niezgodne, z dobrze kończącymi się opowieściami. Babci wychodzącej z brzucha wilka, Jasiu i Małgosi uciekających przed Babą Jagą. A gdyby bajki kończyły się tak:

Jaś biegł przez las. Wiatr osuszał jego łzy. On uciekł z chatki baby jagi, ale Małgosia nie zdołała. Walcząc z czarownicą wywołała zamieszanie, które pozwoliło mu wydostać się z klatki. Ale zanim zdołał jej pomóc, obie wpadły do pieca. Krzyk płonącej żywcem siostry na zawsze będzie brzmiał w jego uszach. Z czasem rozpacz zmieniła się w żal, a z żalu pozostało doświadczenie. By więcej nie powtórzyć takie sytuacji. Nie narazić siebie i swoich bliskich.

Czerwony Kapturek wył na podłodze. Wył bardziej niż wilk zastrzelony przez myśliwego. Pocisk trafił zwierzę podczas skoku na Kapturka. Ocalił dziewczynkę w ostatniej chwili. Ale nie wymazał z jej pamięci obrazu na wpół pożartej babci. Po latach rozpacz zmieniła się żal, a z żalu zostało doświadczenie. By nie powtórzyć takiej sytuacji. Nie narazić siebie i swoich bliskich.

Chcielibyśmy ich słuchać? Opowiadaliśmy je naszym dzieciom? Pewnie nie. Wolimy dobre zakończenia. Poszukujemy ich. Powtarzamy i powtarzamy nasz bajki i opowieści, mając nadzieję, że to dobre zakończenie wreszcie nadejdzie. Bo bywa, że tak właśnie jest.

Bywa, że ocalimy ojca alkoholika w osobie uzależnionego partnera. Zaciągniemy go na terapię, zmotywujemy i pomożemy zerwać z nałogiem. 

Bywa, że ułożymy życie zagubionej matki w osobie nieporadnej partnerki. Skłonimy ją do pracy nad sobą, pomożemy “ogarnąć się”

Bywa, że zadowolimy nadmiernie wymagających rodziców w osobie naszych znajomych, przyjaciół czy partnerów. Wreszcie dostaniemy pochwałę i uznanie, na które całe dzieciństwo czekaliśmy.

Powtórzyliśmy naszą opowieść. Tym razem z dobrym zakończeniem. Możemy być szczęśliwi. Tylko dlaczego nie jesteśmy? Skąd z ust naszych “nieludzkie wycie, któremu świat jest za mały”?

Może dlatego, że każdy z nas “własnym pomnikiem stał się za życia”. W dodatku “nieoddzielnym od skały”

Nadchodzą Święta Bożego Narodzenia. Siądziemy w domach i zobaczymy naszych bliskich. Część z nas zobaczy radość uratowanych bliskich. Tylko pamiętajcie - cokolwiek by się działo, cokolwiek by się wydarzyło, to pod żadnym pozorem, w absolutnie żadnej sytuacji nie płaczcie ani nie mrużcie oczu. Bo może być tak, że przez sekundę zobaczycie twarze tych, których naprawdę chcieliście uszczęśliwić. Przez sekundę. A gdy w następnej sekundzie okaże się to fikcją, to ta następna sekunda może być bardzo, bardzo bolsena. Jasne. Wszyscy przywykliśmy do tego, że nasze serca są łamane i pękają na miriady kawałków. Ale po co przeżywać to znowu...

Bo, owszem, historia została powtórzona. Zakończenie tym razem okazało się szczęśliwe. Ale ta historia nie została opowiedziana na nowo. Figura nie została domknięta wewnątrz nas. Po prostu nasze traumy dostały nowych strażników. Od których musimy być nieoddzielni. Jak pomniki na szczycie, które mają na wszystko oko. Które mają wszystko pod kontrolą. Zwłaszcza uratowanych, nowych strażników traumy 

Piosenka, którą zaczęliśmy, to Lament Tytana Jacka Kaczmarskiego. Trzeba być tytanem. Nie po to, żeby powtórzyć swoją historię. To robią dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy z nas. I powtarzając ją, odtwarzamy nasz traumy.

Trzeba być tytanem, żeby tą historię zakończyć inaczej. Powtórzyć ja i tym razem nie doświadczyć traumy. Ale to zwycięstwo nie zawsze jest leczące. Wręcz przeciwnie, zwykle nie koi bólu. Bo tego, co bolało nie uleczyliśmy. Nie dotknęliśmy traumy i opowiedzieliśmy histori w sposób któy ją zabliźnia.

Odtworzyliśmy historię w inny sposób. Wszystko musieliśmy przemyśleć przemyśleć i nieraz zaplanować. A tego "co boli w sercu" trudno uleczyć "w rozumie". W dodatku potem musimy pilnować, żeby historia nie zepsuła dobrego zakończenia dopisując inne - nie tak szczęśliwe. Znów musimy wziąć za kogoś odpowiedzialność. Poniekąd znów uzależnić swoje poczucie zadowolenia od czyjegoś dobrostanu.

Domknięcie figury, nie tylko ponowne powtórzenie, ale ponowne opowiedzenie historii może wymagać nie tylko myślenia. Może wymagać też ukojenia dawnych uczuć. Co wiąże się z ich ponownym poczuciem. To może być piekłem. No a po co schodzić do piekła? Zwłaszcza, gdy już zaznaliśmy raju. Nawet jeśli ten raj, to tylko chwilę, gdy oszukujemy sami siebie, że dobrze zakończyliśmy nasze historie. Wspomniane sekundy gdy widzimy twarze tych, których naprawdę chcieliśmy zadowolić i uratować. Okruchy, które mogą uwięzić nas pomiędzy teraźniejszością a przeszłością. 

Ale skoro mamy chociaż te okruchy, czy naprawdę warto schodzić do piekła poczucia i przeżycia traumy? Zwłaszcza gdy pokonaliśmy już tą traumę. Oczywiście tylko na pozór, ale jednak pokonaliśmy. Czy ktoś, kto ma jakkolwiek poukładane życie w ogóle może chcieć się na to zdecydować? Gdybyśmy spytali o to bardziej, niż bardzo starą staruszkę, moglibyśmy usłyszeć ciekawą historię.

Ło dzieciaczki, czy był taki co by sam do piekła zeszedł? A wiecie wy, że był. Syn Maryśki, Józek chyba mu było? A nieeee… Józek to był ten cieśla, co mimo, że brzemienna była i tak się z nią pożenił. Do tego młodego to takiej innej Maryśce się oczy świeciły. No ale on tylko z tymi swoimi kolegami chodził i nauczał. No aż do tego piekła był poszedł.

Jak mu było? 2000 tysiące lat minęło, kto by pamiętał... Gadają ludzie, że tak naprawdę to on jakiego Boga był syn. Jak się rodził to gwiazda spadła, a jak go krzyżowali to się ziemia zatrzęsła. No i potem był sam z grobu wyszedł. Myśli mi się, że on musiał być jaki heros albo inny tytan.

Ale jak on już z tego piekła wyszedł, dzieciaczki…. Myśmy z jego Matką i tą drugą Maryśką szły mu ciało obmyć, jak on żywy nam się pokazał. Jaki on świetlisty był, jaki piękny, jaki wolny. Ta młodsza Maryśka, Magda jej było na drugie, poleciała do tych jego kolegów. Mówi im, że go na śmierć całkiem nie ubili. Że on w tym piekle demonów pokonał, gadała im. I o tym, jaki odmieniony wyszedł. Tylko chyba tak nie do końca uwierzyli. Bo na męki później to chętnie i bez bojaźni chadzali, nie powiem. Ale żeby do piekła iść, z demonami się mierzyć, to żaden odwagi nie miał

Tak. Odtwarzanie traumatycznych historii jest męką. Ale i tak może być mniej przerażające, niż zejście do piekła. Zwłaszcza, jeśli daliśmy radę przeżyć tą historię w inny sposób. I nawet jeśli jesteśmy skazani na jej stałe odgrywanie. Owszem. To może być całkiem dobre życie. Tylko często jest spleceniem teraźniejszości z wciąż przeżywaną przeszłością. I z bardzo małymi szansami, na nową przyszłość.

Czy zmierzenie się z dawnym poczuciem klęski i przeżycie traumy będzie łatwe? Tym razem nie cytat. Lekka parafraza Piosenki o Wojtku Mariki i Maleo Reggae Rockers:

Co mam Ci mówić? Że będzie ciężko?

Przecież wiadomo, że będzie piekło

Pewnie dlatego tak wielu z nas nie chcę konfrontować się z tym, co kiedyś przeżyliśmy, co już kiedyś się wydarzyło. Z tym, co wtedy czuliśmy. To trochę jak z bolącym zębem i wizytą u stomatologa. Wolimy chodzić z ćmiącym i kłującym, ale jednak jako tako znośnym bólem. Zwłaszcza, jeśli wspieramy się domowymi sposobami. Nacieranie dziąsła imbirem, przykładanie zimnych okładów do policzka. Dalej boli, ale da się żyć

Za wizyta u stomatologa mogłoby zaboleć mocniej. Owszem, krócej i pewnie raz. Ale jednak mocniej. A nasza wyobraźnia już podrasuje ten ból do “odpowiednich” rozmiarów

Zwłaszcza, jeśli mieliśmy już do czynienia ze specjalistami i tak nie do końca nam pomogli

Poza tym, taka skuteczna wizyta, może wiązać się z nieprzyjemnościami. Uświadomieniem sobie, że gdybyśmy zdecydowali się na nią wcześniej może dalibyśmy radę zaoszczędzić sobie ogrom bólu. Nikt z nas nie lubi dopuszczać do świadomości, że brak odwagi powiązał nas z głupotą.

Skorzystanie z profesjonalnej pomocy przyniesie ze sobą jeszcze jedną wiadomość. Taką, która może nam się bardzo, ale to bardzo nie spodobać. Jeśli jakaś część głowy - czy to zęby, czy to mózg - ma się w przyszłości nie psuć to pewnie będzie trzeba coś zmienić w życiu.

Źle to wygląda, co nie? Najpierw trzeba narazić się na koszmarny ból, tylko po to, żeby potem jeszcze zmieniać coś w swoim życiu?

Nie bądźmy śmieszni. Są jakieś granice dbania o siebie. No nie po to człowiek przez lata buduje systemy obronne, całe mechanizmy wyparć, racjonalizacji i samooszukiwania. Działa to działa. Po co drążyć?

I jasne. Nie zamierzam promować psychoterapii w technice “sprzedaży aktywnej z generowanie potrzeb". Nie będę nikomu wmawiać, że coś ją/go boli, jeśli nie boli. Takie podejście naprawdę czasem działa. Na bagnach też się da wybudować całe miasto. Sankt Petersburg jest świetnym przykładem.

Tylko, że… Mamy za sobą prawie 1400 słów i niemal 9000 znaków ze spacjami. To takie miary objętości tekstu. Te akurat znaczą, że jest długi. Na dzisiejsze standardy bardzo długi. Czy naprawdę bylibyśmy razem aż tutaj, gdyby działało…

Rozmowę ze specjalistą i choćby krótką terapię polecam. Nie musimy tego nawet nazywać terapią. Luz, rozumiem, że niektóre konotacje lingwistyczne mogą być drażniące. Niech będzie seria spotkań

Grupy wsparcia to też dobry pomysł. Zetknięcie z ludźmi, którzy przeszli podobne doświadczenia jest wspierające. Pokazuje, że można inaczej i pomaga się odmrażać.

Bliskie relacje też “zrobią robotę”. Partnerami, rodzeństwem, przyjaciółmi - po prostu bliskimi ludźmi. Kimś, kto słuchając będzie “tam z nami”. A w najcięższych momentach może obejmie, potrzyma za rękę czy choćby dotknie ramienia. Tak po prostu - żebyśmy wiedzieli, że nie jesteśmy w tym sami.

Część nurtów terapeutycznych dopuszcza, oczywiście po uzyskaniu zgody pacjenta, taką interwencję terapeuty. Niektóre uważają wręcz, że traumę można uleczyć tylko w bliskich relacji. Trochę w myśl filozofii, że skoro bliskie relacje “coś zepsuły”, to właśnie bliskie relację mogą “to naprawić”.

A… Że trzeba zaufać? No fakt, tu może być problem. Skoro najbliżsi, ludzie z którymi często “wiązała nas krew” mogli wyrządzić nam, choćby nieumyślnie, krzywdę, to trudno zaufać komukolwiek. No ale o tym, to porozmawiamy już “w innym miejscu, w innym czasie”

Umów się na wizytę online

bannerMiddle2.jpg

Niedziela Poniedziałek Wtorek Środa Czwartek Piątek Sobota Styczeń Luty Marzec Kwiecień Maj Czerwiec Lipiec Sierpień Wrzesień Październik Listopad Grudzień

Rejestrowanie nowego konta

Masz już konto?
Zaloguj się Lub Resetuj hasło