Mała wielka Ala

person Autor: Administrator comment Comment: 0 favorite Odsłon: 1063

SŁOWO WSTĘPNE
Każdy z nas ma swoje sekrety te duże i te małe, takie które mile łaskoczą na samo ich wspomnienie i takie, które nie dają spać bo tłocząc się w głowach po nocach wywołując zjawy z przeszłości. W dzień ranią, niszczą nie pozwalają żyć i uwolnić się od siebie, tej siebie, która jest prawdziwa, a która bardzo głęboko ukryła się za setkami masek zakładanymi każdego dnia na twarz byle by tylko nie pokazać siebie prawdziwej.
WSPOMNIENIA – dla każdego z nas oznaczają co innego, jedni pławią się w nich jak w basenie napełnionym szampanem, inni jak w bajorze do którego każdego dnia dolewają dodatkowa porcję szamba.

Jeśli jesteś dorosły masz wybór, możesz wyjść z bajora , możesz się umyć oczyścić, sam, albo przy pomocy innych, możesz prosić o pomoc i zostaniesz wysłuchany, jest mnóstwo ośrodków do których możesz się po nią udać, chociaż po taka doraźną, taką, która pozwoli choć na sekundę uwolnić się od bólu cierpienia od nie wiary w samego siebie i zmianę swojego życia. Tyle może dorosły, a co może dziecko? Dziecko może ..popełniać coraz to więcej błędów, za które zostanie obwinione bo popełnia je „na własne życzenie”, przecież nikt nie „kazał” mu się staczać, nikt nie kazał koić smutku, bólu w alkoholu czy „prochach” nikt nie kazał….., ale tez nikt nie pomógł kiedy dziecko o pomoc błagało.

Przedstawiamy wszystkim tym, którzy wiedza czym skutkują dziecięce i nie tylko traumy i tym, którzy dowiedzieć się tego chcą, „Pamiętnik terapeutyczny”. Oparty jest na prawdzie i na wspomnieniach dziecka, które dzisiaj mieszka w ciele dorosłej kobiety. Publikujemy go również – za zgodą autorki- dla wszystkich tych, którzy potrzebują wsparcia i odwagi do zmiany na lepsze swojego życia, jak również i po to, aby Ci którzy mają taka wolę wsparli siebie i „Alę” w drodze po nowe, czyste od „wczoraj„ jutro.

Lidia Jaroch

Mała wielka Ala
Kim jestem? Czasami sama się nad tym zastanawiam. Na pewno mamą, kobietą, żoną (jeszcze). Optymistką… Aniołem któremu ktoś podciął skrzydła więc lata na miotle :) Dlaczego zaczęłam pisać? Dostałam zadanie od mojej terapeutki, aby napisać życiorys. No to zaczynamy… Zawsze marzyłam o rodzinie. Ja, mąż, gromadka dzieci, dom, ogród i oczywiście parę psów. Moje doświadczenia bardzo rozmyły się z rzeczywistością. Pochodzę z rodziny „dysfunkcyjnej” ta nazwa dla nie wprawnych uszu nie znaczy wiele, ot taka sama jak dysleksja, czy dyskalkulia, ale dla mnie oznaczała wyrok. Pierwsze wspomnienia jakie mam to zapracowana mama, ojczym który miał schizofrenie i brat który mnie gwałcił mówiąc ”jak komuś powiesz, pójdziesz do domu dziecka”. Panicznie bałam się domu dziecka.. Pamiętam jak brat trafił do poprawczaka…… Najpierw była rozpacz, niedowierzanie….a potem zaczął się roczny koszmar…. przyjeżdżał do domu co dwa tygodnie…..co noc nasłuchiwałam jego kroków…. idzie…..przerażenie….strach….niezrozumienie… Bolało tylko pierwszy raz…. raz który spustoszył moje 6cio letnie ciałko…. czułam się brudna….i tak przez rok… Psychikę zrujnowała mi mama, której o wszystkim powiedziałam…. Miałam nie całe 7 lat…. NIE WIERZĘ CI…. Te słowa dudnią mi w głowie do dzisiaj…. Któregoś dnia przyjechali po mnie i zabrali mnie do domu dziecka. Byłam szczęśliwa.

DOM DZIECKA
W domu dziecka byłam rok. Rok który pamiętam dzień po dniu. W mojej malutkiej główce była burza. Pragnęłam spokoju, ciszy, zrozumienia. A co dostałam? Wyzwiska, popychanie, strach, niezrozumienie. "WYCHOWAWCY” aby mieć od nas spokój wymyślili plan. Starsze dziewczyny w wieku 16-18 dostawały pod opiekę „bachory”- czyli nas. Młodsze dzieci w wieku 6-10 lat. Do dziś dziękuję Bogu, za Asię - moją „opiekunkę”. To była wspaniała dziewczyna- opiekuńcza, uśmiechnięta. Zawsze mnie broniła przed „szałem” wychowawców. W nocy gdy miałam koszmary mogłam przybiec do niej i schować się pod kołdrą. Ile jej się oberwało za mnie to tylko pewnie ona wie. To był ciężki czas. Pamiętam dwie sytuację które śnią mi się do dziś.

6.12.- mikołaj. Zerwałam się z łóżka w poszukiwaniu prezentu od mikołaja. Przecież byłam grzeczna - musiał mikołaj przecież być. Pod łóżkiem nie ma, pod poduszką nie ma, nawet w szafie nie ma…. Przez przypadek obudziłam inne dziewczynki…. Wpadł wychowawca…… Ja z wielkim żalem mówię, że nie było mikołaja. A on patrząc szyderczo na mnie mówi: TY GŁUPIA JESZCZE W MIKOŁAJA WIERZYSZ... Tak wierzę - Oj, faktycznie głupia jesteś…. I w ten sposób dowiedziałam się, że mikołaja nie ma.
Apel poranny……. Pani „Dyrektor” w bardzo złym humorze, bo ktoś ukradł jej portfel. Wszyscy stoimy na baczność i słuchamy krzyku i wyzwisk, „wy gnoje”, ”pieprzone złodzieje”, ”bachory niechciane” to tylko parę epitetów…. Dostała takiego szału, że zaczęła rzucać talerzami - tak w nas….. Jeden wychowawca tylko zareagował - został wyrzucony z pracy…… Myślę, że zgłosił wszystko bo zaczęły się kontrole.
Pewnego dnia zadzwonił telefon…. To było o mnie…. Mama dostała przydział do domu samotnej matki…. Nikt chyba w życiu nie widział dziecka które pakowało się w takim szybkim tępie jak Ja. Co nauczył mnie dom dziecka? Tego, że aby przetrwać trzeba kłamać, używać przemocy, kląć.
Dziecko które miało 8 lat umiało same złe rzeczy. Przekonane, że jest tylko „niechcianym bachorem”. Jadąc z mamą do domu samotnej matki byłam szczęśliwa….. Pomimo wszystko przekonana, że teraz będzie super… Oj-jak Ja się myliłam….

DOM SAMOTNEJ MATKI
W domu samotnej matki byłyśmy 5 lat. Były dobre i złe momenty. Podzielę się z wami tym co utkwiło mi w pamięci. Było parę takich sytuacji. Pamiętam pierwszy dzień. Przyjechałyśmy pod budynek. Duży zielony budynek. Naokoło biegały dzieci przyglądając mi się z ciekawością. Wstydziłam się-oj jak Ja się wstydziłam. Dostałyśmy pokój: dwa łóżka, szafa, stolik dwa krzesła i umywalka…. To miał być mój „dom” przez najbliższe pięć lat. Dla mnie najważniejsze było to,że jestem z mamą. Mogłam spokojnie zasnąć, obudzić się. Byłam pewna, że wszystko będzie dobrze. Szybko się „zaklimatyzowałam”. Miałam swoje koleżanki, personel mnie lubił. Taka „laleczka”. Gorzej było ze szkołą….. Szybko się rozniosło, że jestem z DSM… Taka łatka, oooooo to ona. Cichnące rozmowy gdy podchodziłam, patrzenie z politowaniem... Byłam „inna” i odczuwałam to. Chciałam być niewidzialna. Z takich lepszych momentów to były uroczystości typu mikołaj, dzień dziecka, święta….. Wtedy przyjeżdżali sponsorzy i dawali nam prezenty/ To było fajne oderwanie się od rzeczywistości… Mniej więcej po pół roku z mamą zaczeło się coś „dziać”. Spała prawie całymi dniami, dużo płakała… Nie rozumiałam gdzie mama idzie i dlaczego na tydzień muszę zostać pod opieką „cioci”. Dopiero potem, wiele lat potem dowiedziałam się ,że mama miała raka macicy i została jej ona wycięta….. Mama się bardzo zmieniła. Zaczeła mieć ataki „szału”. Pamiętam taką sytuację przy zadaniu z matematyki 6*7… Dostałam wpierdziel, bo nie potrafiłam odpowiedzieć ile jest 7*6….. Uciekłam z pokoju przed mamą….Jak Ja się wtedy jej bałam. Miała rozmowę z Dyrektorką, chyba Ją nastraszyła, bo mama zaczeła się mną bardziej interesować… Sama szykowałam się do szkoły, robiłam sobie śniadanie, odrabiałam lekcje. Mama nie pytała gdzie chodzę, co robię…. W tym czasie dowiedziałam się co to jest masturbacja…. jak smakuje papieros, piwo…. Jak wkurzyć dorosłych sikając obok ubikacji a nie do niej….. Patrzeć jak próbują „dojść” do tego kto to robi…. Zadawałam się z osobami które miały 16,17 lat. Boże co Ja wtedy nie robiłam. To że żyje to cud. Chodzenie po rusztowaniach na dużych wysokościach, kąpiel w kwietniu na bagrach…. Chodzenie po cienkim lodzie w zimie na środku jeziorka….. To tylko przykłady. W ogóle tam dzieci się „chowały” same…. Uczyły wielu rzecz, niestety nie tych co powinny. 5 lat w których napatrzyłam się na wiele rzeczy. Bitki, przekleństwa, awantury, pijane matki, interwencje policji i takie tam….. Takie miejsca rujnują psychikę dziecka. Jak Ja bardzo pragnęłam akceptacji, zrozumienia, miłości… Wtedy nie rozumiałam, że mama jest po prostu chora. Tak bardzo zazdrościłam innym dzieciom… Chciałam być taka jak one…. Mieć taką rodzinę…..
Mama zaprzyjaźniła się z „ciocią” Gosią…. Postanowiły razem coś wynająć… Trafił się dom do wynajęcia w małej wiosce. Zdecydowały się szybko-kolejna przeprowadzka… Opuszczając dom samotnej matki byłam 13sto letnim zamkniętym w sobie dzieckiem. Już nie wierzyłam, że będzie dobrze…..

TUŁACZKA
W „Pipidówie” jak roboczo nazwałam tą wioskę mieszkałyśmy rok. Dobrze wspominam ten czas. Nie licząc tego, że do szkoły miałam 2,5 km na piechotę (nigdy nie było mnie na pierwszej lekcji) a dom był nieocieplony i w zimie szron był po wewnętrznej stronie domu. Tam wychowawca wf zauważył mój talent i trafiłam na gimnastykę artystyczną. Jaka Ja byłam szczęśliwa…. Tak mówili, że jestem dobra. Tam podziwiali mój talent, brałam udział w zawodach, przynosiłam nagrody, dyplomy. To w jakiś sposób podnosiło moją samoocenę. Tylko tam się „otwierałam”. W szkole dalej byłam „szarą myszką”. „Ciocia” utemperowała agresywne zachowania mojej mamy, już nie karała mnie, nie wrzeszczała za wszystko. Pomaleńku zaczynałam wierzyć, że wszystko się ułoży…… I wtedy pojawił się ON….Mój brat……. Wyszedł z poprawczaka….. Na moje szczęście doszło do jakieś mega awantury i mama w przeciągu dwóch godzin się spakowała. Pamiętam jak przyjechała z pełnymi torbami pod szkołę i powiedziała „WRACAMY NA ………..” Ale jak? Gdzie? Do kogo? A moja gimnastyka? Tam jestem KIMŚ….. Myśli kołatały mi się w głowie a łzy płynęły strumieniem…. Czułam złość, rozpacz…. Znów ktoś zburzył mój mały świat………!!! Pamiętam, że z dworca poszłyśmy do małej kawiarni….. Mama kupiła mi kakao…. Wtedy nie wiedziałam czemu płacze… Czemu jest smutna? Dopiero po latach zrozumiałam, że mama nie wiedziała, gdzie ze mną iść….. Wtedy byłam zła - teraz sądzie, że mama była bardzo dzielną kobietą tylko niestety chorą…. I tak zaczęła się roczna tułaczka… W ciągu jednego roku zmieniałam 10 razy szkołę i miejsce zamieszkania.!
Dzisiaj pewnie szkoły podniosły by raban, wtedy nikt się nigdy nie zainteresował dlaczego dziecko po miesiącu przestaje chodzić do szkoły i nigdy do niej nie wraca….. Tu dwa tygodnie, tu miesiąc, tam dwa miesiące….. Dziwię się, że nikt nie odebrał mnie mojej mamie…. Zanim próbowałam się zaaklimatyzować w nowym miejscu-już się przeprowadzałyśmy….. Po trzeciej przeprowadzce przestałam próbować. Nawet czasami nie wyciągałam wszystkich rzeczy-nie było sensu…
Pewnego dnia gdy wróciłam ze szkoły mama się pakowała….. Pomyślałam-znowu? W ciszy też zaczęłam się pakować…. Jednak mama była jakaś dziwna…. Wesoła, śmiała się…. I wtedy padło to zdanie DOSTAŁYŚMY MIESZKANIE”. Popłakałam się….. byłam szczęśliwa. Malutka garsoniera…..A dla mnie była najpiękniejsza na całym świecie….. Mama zaczęła pracę, zaczęła też chodzić do psychiatry, brać leki… Wszystko zaczynało się układać…. Naprawdę wierzyłam w to….. Wszyscy zazdrościli mojej mamie, że ma takie „grzeczne” i „ułożone” dziecko hmmmm…

Nastał dzień w którym poszłam do liceum. Przez pierwsze półrocze była tragedia…. Rówieśnicy nabijali się ze mnie. Z moich ciuchów, zachowania, wymowy…. Po pół roku wszystko się zmieniło. Znalazłam „towarzystwo” które mnie AKCEPTOWAŁO……. Myślę ,że gdyby moja mama wiedziała jak „dam jej popalić” przez najbliższe 2,5 roku to by mnie w pierony oddała…..

Dojrzewanie
Przyszło półrocze…….. ferie spędziłam w domu. Mamy nie było stać na wyjazd dla mnie-rozumiałam to. Po feriach zaczęło się drugie półrocze i moje 16-ste urodziny…… W tym czasie pewna „grupa osób” postanowiła zrobić mnie „NORMALNĄ”…… Oczywiście w ich mniemaniu… a Ja bardzo potrzebowałam akceptacji. Chciałam pasować do towarzystwa więc się zaczęło…. Zaczęłam się malować, ubierać „modnie”, palić, wagarować… W szkole byłam codziennie-tylko nie na lekcjach…. Siedziałam w szatni z chłopakami ze starszych klas…. Oni mieli „dyżury” w szatni bo to ogromna szkoła była. Alkohol, papierosy, gry w „kuku” na rozkazy…. A Ja potrafiłam się schować tak aby żaden nauczyciel mnie nie zauważył. Wiadomo-mamy nie było stać na dodatkowe rzeczy dla mnie więc zaczęłam być jak by się to dzisiaj powiedziało „kreatywna” czyli zwyczajnie kraść. Wtedy nie było takich zabezpieczeń w sklepach jak teraz. Mama pytała skąd mam te wszystkie ubrania rzeczy, kosmetyki.. Zawsze wmawiałam jej, że dostałam od koleżanki-wierzyła mi, bo chciała wierzyć, w jej mniemaniu byłam dalej ta mała grzeczną Alą, a może nie chciała zobaczyć problemu?. Przecież dalej byłam „GRZECZNĄ DZIEWCZYNKĄ”. Pamiętam jak w mojej mini spódniczce i mocnym makijażu paradowałam po szkole…. Jaka Ja byłam „dumna” z tych spojrzeń chłopaków ze starszych klas…. Wychodziłam do szkoły zawsze później niż mama, więc nie zauważyła nic… Do czasu…. Moja rodzicielka dostała wezwanie do szkoły. Mama spotkała mnie na przerwie obok ubikacji. Widziałam w jej oczach przerażenie, smutek, zdziwienie i coś jeszcze… Teraz rozumiem, że to był STRACH…. Oczywiście nie dostałam promocji do drugiej klasy…. Moja mama powiedziała „RÓB CO CHCESZ-MAM CIĘ DOŚĆ”. I to był błąd…… Poleciałam na całego. Ucieczki z domu, szukanie przez policje….. Przywożenie do domu-kolejna ucieczka…. Mama nie dawała sobie rady ze mną. Posłuchała „dobrych dusz” i zapisała mnie na świetlice dla TRUDNEJ MŁODZIEŻY. Na tamtą chwilę nie mogła zrobić nic gorszego. Trafiłam do środowiska osób w wieku 17-19 lat….. Środowisko z którym wychowawcy nie dawali sobie rady… Oczywiście byliśmy tam wszyscy do godziny 20-stej….. Jedna z osób miała swoje mieszkanie po rodzicach….. I dopiero się zaczynało…. Orgie seksualne zakrapiane alkoholem, narkotykami i Bóg jeden wie co jeszcze. Pamiętam jak po raz kolejny mama przyjechała na świetlice aby porozmawiać… Pamiętam, że byłam tak wściekła na nią, że wykrzyczałam na cały budynek: JA JUŻ NIE MAM MATKI…..!!! Mamę zabrało pogotowie……. A Ja parę godzin później trafiłam do tego samego szpitala z oznakami przedawkowania psychotropów, narkotyków i alkoholu... Ja naprawdę wtedy umierałam.. Tydzień bez przytomności… Przy wzroście 158 cm ważyłam 42 kg…. To że żyje to cud. W wieku Nie całych 18 lat miałam na swoim koncie: *Oddawanie swojego ciała za pieniądze…. *Zawalenie kolejnej szkoły… *Kontakt ze światem przestępczym…. *Kradzieże….. *Pobicia…….. *Pierwszą nieszczęśliwą miłość…. *Niezliczone ilości ucieczek….. *Używki typu narkotyki, alkohol, papierosy…. *5 prób samobójczych….. *2 miesiące oddziału psychiatrycznego dla młodzieży….. Na „zewnątrz” byłam kawał kur…….. która nie liczy się z niczym i nikim… Pozornie miałam wszystko i wszystkich w dupie i to głęboko….. A w środku?? Byłam przerażonym dzieckiem które zeszło na złą drogę.. I niestety nie wiedziało jak wrócić do normalności……. Dzieckiem które często było głodne, chore, smutne…. Szkoda, że tak późno to zauważyli…….

„WIKTORIA- CZYLI ZWYCIĘSTWO”
Gdy leżałam w szpitalu po kolejnej próbie samobójczej dotarło do mnie,że trzeba coś zmienić….. Zrozumiałam, że niszczę siebie, mamę, wszystkich z kim miałam, mam kontakt, a co najważniejsze…SWOJE ŻYCIE…. Postanowiłam wrócić do szkoły i starać się uczyć, zdać do następnej klasy. Tuż przed 18-stymi urodzinami pojechałam do znajomych na weekend. Poznałam tam chłopaka… Zaimponował mi swoim spokojem, podejściem, i co ważne był przystojny :) Zaprosiłam go na moje urodziny…. Zostaliśmy parą…. Czy go kochałam? Nie, po prostu bardzo chciałam kogoś mieć. On kochał mnie nad życie…. a może dalej kocha? Nie wiem. Generalnie miesiąc po mojej 18-stce dowiedziałam się ,że jestem w ciąży…. Byłam przerażona, a Jarek szczęśliwy….. I zaczęło się….. Nacisk na ślub-no bo jak to dziecko bez ślubu? Samotna matka?……. Teraz wiem, że gdybym powiedziała prawdę Jarkowi - że go nie kocham nie wzięlibyśmy ślubu. Jemu naprawdę zależało na moim szczęściu. A Ja nie miałam odwagi powiedzieć prawdy… Pamiętam dzień ślubu……. Wszyscy byli szczęśliwi, a mnie rozrywało od środka.… Chciało mi się wyć z bezsilności…!! Wszystko we mnie krzyczało JA GO NIE KOCHAM-JA NIE CHCĘ. Moja psychika wariowała…. Dzień w którym „poczęliśmy” córkę był ostatnim nigdy później nie pozwoliłam mu się do mnie zbliżyć. 

JAREK - Za takiego męża dałabym się teraz pokroić… Spokojny, przewidywalny, opanowany…. Takie „ciepłe kluchy”. Oddawał mi całą wypłatę…… Pamiętam sytuację kiedy wydałam na bzdety całą jego wypłatę chcąc go wkurzyć…. Co usłyszałam, gdy mu powiedziałam? Kochanie-damy sobie radę… Szlak mnie trafił….. Gdy urodziłam córkę wszystko we mnie pękło…. Robiłam wszystko aby odseparować ojca(Jarka) od dziecka…. Wyzywałam go od najgorszych, ubliżałam, wyśmiewałam, uderzyłam go, zrzuciłam ze schodów…. Widziałam jak gaśnie w oczach.. i sprawiało mi to prawdziwą frajdę… Córka miała pół roku jak zaczęłam znikać z domu…. na jedną noc, na dwie… Wracałam, bo tęskniłam za córką…. Znów zaczęły się imprezy, alkohol, przygodny sex…. Małą opiekowała się moja mama razem z Jarkiem… Nie ukrywałam już moich zdrad… Pamiętam jak zabrałam dziecko na tydzień do „znajomych”/ Po tygodniu pojawiła się moja mama z Jarkiem…. Zabrali dziecko…. Ja mogłam nie wracać. A Jarek? Prosił, błagał, płakał…… Wytrzymał dwa lata… aż dwa lata!!! Pewnego dnia spakował się i odszedł… Pamiętam jego słowa przy drzwiach. ZAWSZĘ BĘDĘ CIĘ KOCHAŁ.. Zrobiłam jedną z najgorszych rzecz jaką mogłam zrobić, teraz to wiem wtedy.. Ucięłam mu całkiem kontakt z dzieckiem. Robiłam WSZYSTKO aby go zniszczyć… Dlaczego?? Wtedy nie mam zielonego pojęcia w jakim celu tak bardzo go niszczę, dzisiaj mam już świadomość i wiem Jeśli kiedykolwiek dobry los pozwoli mi się z nim zetknąć powiem mu choćby przepraszam za wszystkie krzywdy jakie Ci wyrządziłam, prosić o wybaczenie nie będę miała śmiałości…. jeszcze nie…. Gdyby Jarek zdarzył mi się dzisiaj, pewnie razem stworzyli byśmy rodzinę mimo braku uczuć z mojej strony, bo dla szczęścia dzieci można wiele poświecić, a samą miłość zastąpić przywiązaniem, dobrocią, wsparciem i…. przyjaźnią, taką, która daje nam wszystkim poczucie bezpieczeństwa. Dzisiaj już wiem, że na miłość drugiego człowieka tez trzeba ‚zasłużyć’ zauroczenie, które wiele z nas nazywa miłością , bardzo szybko przemija, prawdziwa miłość trwa, bez względu na wszystko. Tak jak powiedział mi Jarek‚ zawsze będę Cię kochał”/ Na sprawę rozwodową szłam już z pokaźnym brzuchem… Byłam w piątym miesiącu ciąży z drugą córką….

ANGELA
Ten wpis kosztuje mnie najwięcej łez i wyrzutów sumienia. Pamiętam dzień kiedy powiedziałam mojej mamie, że jestem w drugiej ciąży… Najpierw szok, łzy, niedowierzanie….. Potem deklaracja chęci pomocy…. pod warunkiem, że się zmienię… Starałam się i to bardzo. Zaczęłam prace, skończyłam ze znajomymi… Naprawdę wierzyłam, że tym razem się uda… Jak łatwo się domyślić ojciec dziecka zwiał jak tylko dowiedział się o ciąży/ Chociaż między Bogiem a prawdą czy na pewno byłam przekonana co do ojcostwa??? Pracowałam praktycznie do końca ciąży… I tak pewnego zimowego dnia na świat przyszła moja druga córeczka.. Ciężko była-bardzo…. Gdyby nie pomoc mamy pewnie nie dałabym rady. Mama była baaardzo dumna ze mnie-za taką zmianę… W końcu zaczęłam zachowywać się jak na matkę przystało… Na wakacje planowałyśmy wyjazd do agroturystyki nad jeziora. Wszystko było gotowe….. No i dzień przed wyjazdem Angela wylądowała w szpitalu z wirusem rota… Namówiłam mamę aby jechała tylko z Wiktorią. Przecież wszystko opłacone. Pojechały… Przedłużyły pobyt o kolejny tydzień…. Co się okazało? Mama poznała mężczyznę i zakochali się w sobie… Wróciła z wakacji inna…. Uśmiechnięta, zadowolona…. Każdy kto był kiedyś zakochany na pewno wie o czym piszę…. Wieczorami płakała, tęskniła za nim… Nie mogłam na to patrzeć….. Spakowałam, kupiłam bilet i wysłałam do ukochanego… Obiecując, że na pewno sobie poradzę z dwójką małych dzieci… To była tragedia… W wieku 21 lat zostałam sama z dwójką maluchów… Straciłam pracę… No bo kto by się opiekował dziećmi??? Zaczęłam popijać wieczorami… 2 miesiące później na ślubie mamy przyznałam się, że sobie nie radzę….. Dostałam propozycję aby Wiktoria została u rodziców a mi z jednym dzieckiem będzie łatwiej….. Zgodziłam się……. TO BYŁ BŁĄD…. Wróciłam bez Wiktorii, a moja tęsknota za nią powodowała wybuchy agresji skierowane do całego świata…. Któregoś dnia gdy Angela bardzo płakała przyłożyłam jej poduszkę do buzi…. BOŻE….DZIĘKUJĘ ŻE SIĘ OPAMIĘTAŁAM… Udusiłabym własne niespełna roczne dziecko…. Poszłam do mops… Powiedziałam co i jak prosząc o pomoc… Pomogli mi…..hmmm Umieszczając Angelę w trybie pilnym w domu małego dziecka…. Pamiętam ten długi korytarz……. Opiekunkę idącą z moim dzieckiem…… Płacz mojej małej,,,, te wyciągnięte rączki w moim kierunku…. Wyszłam stamtąd rzucając się pod najbliższe jadące auto…. Niestety (albo stety)jakiś mężczyzna pchnął mnie na chodnik…. Chcesz umrzeć, co ty robisz? TAK,CHCĘ UMRZEĆ….. To były ostatnie słowa które pamiętam… Obudziłam się w szpitalu. Podobno dostałam furii wezwali karetkę…. Nie chciałam żyć…. Nie miałam po co… Wszystko co kochałam straciłam….. Zaczęłam pić na umór, do tego narkotyki… Tak bardzo chciałam umrzeć…. Mama skądś dowiedziała się o sytuacji…wystąpiła o rodzinę zastępczą. Po pór roku zabrała małą do siebie….. Mi powiedziała, że daje mi pół roku na ogarnięcie się… Jak tego nie zrobię to odbierze mi prawa rodzicielskie….. Chciałam…. naprawdę chciałam się zmienić… Przestałam pić, znalazłam pracę. Regularnie jeździłam do moich córeczek… Pomału rozumiejąc co mogło się stać. Byłam pod stałą kontrolą psychiatry… Wierzyłam w to, że tym razem się uda…. No i spotkałam jego…… Moją pierwszą miłość… Był po rozwodzie, miał dziecko (tak wtedy twierdził)/ Zaczęliśmy się spotykać, wynajęliśmy mieszkanie…. On pracował na ochronie na nocki… Moi rodzice go zaakceptowali, nawet wyrazili zgodę w sądzie abym zaczęła starać się o powrót dzieci do mnie… Pewnego pięknego dnia jednocześnie dowiedziałam się że jestem w ciąży, a mój „ukochany” wcale nie jest po rozwodzie…. ma córkę, drugą w drodze….. Byłam załamana…. A co najgorsze uwierzyłam w jego kłamstwa… W to że tylko mnie kocha, że chce być ze mną i różne takie bzdety….. Moja mama błagała mnie abym się zastanowiła co robię….. I na chwilę obecną nie widzi możliwości aby małe wróciły do mnie…. Były momenty jak chodziłam głodna bo nie było co jeść… Trafiłam do szpitala z wcześniejszym porodem… Wtedy wyszła cała prawda. Mój „kochany” nigdzie nie pracował…….. Nie miałam wyprawki, wózka, kosmetyków dla dziecka po wyjściu ze szpitala…. Nie wiedziałam jak to będzie… Na szczęście wujek pożyczył mi pieniądze…… W 32 tygodniu ciąży przyszła na świat moja trzecia córeczka… Wcześniak…..z problemami oddechowymi… Leżała na intensywnej i potem na patologi miesiąc… A Ja? 6 dni po cesarskim cięciu „biegałam” po sklepach robiąc wyprawkę….. Oczywiście oczy otworzyły mi się dopiero jak o 12stej w nocy wpadło mi CBS na mieszkanie po mojego „kochanego”…. WYMUSZENIA, HARACZE, POBICIA. Zabrali z domu wszystko….. nie zostało mi nic…. Musiałam poprosić brata o pomoc…. Pomógł… „JAK SOBIE ZROBIŁAŚ TO SIĘ MĘCZ”. Trafiłam z małą do domu samotnej matki….. Jak historia się powtarza…. Przeprowadzki, zastanawianie się co dam dziecku jeść? Skąd wezmę pampersy?? Zapisałam się na forum…. Tam poznałam ludzi którzy mi pomogli… Dali pracę pomogli zapisać małą do żłobka…. Wróciłam na moje mieszkanie ponieważ brata zamknęli i mogłam spokojnie tam żyć. Zaczęłam się podnosić.. Siły dodawała mi myśl, że mam trzy córki i dla nich muszę żyć…. Dla nich muszę się starać… Dla nich muszę zmienić życie….

Pewnego dnia pojawił się u nas w firmie nowy ochroniarz… Zaimponował mi spokojem, faktem, że po pracy nie idzie z innymi na piwo… Odprowadzał po pracy do domu… Poznał moją najmłodszą. Powiedziałam mu, że mam dwie starsze córki…. Nie przeszkadzał mu ten fakt…. Zaczęliśmy się spotykać… Moi rodzice go zaakceptowali… Dziewczynki również…. Wzięliśmy ślub… Pierwsze pół roku to była sielanka. On w ogóle nie pił, pracował…. Zaczęliśmy starania o powrót dzieci do nas… UDAŁO SIĘ…. Sąd stwierdził, że się zmieniłam i warto dać mi szansę… Byłam szczęśliwa… Do czasu….

SEBASTIAN
Zastanawiałam się czemu Sebastian w ogóle nawet piwa się nie napił. Zrozumiałam to po ślubie. On ma problem z alkoholem a mówiąc jaśniej jest ALKOHOLIKIEM. Pamiętam jak pierwszy raz się opił. Pomyślałam-ok, każdemu się zdarza…

Potem był kolejny, kolejny, kolejny i kolejny… Zastanawiałam się nad odejściem… No ale jak? Jak sobie poradzę sama z trójką dzieci, przecież sąd mi je odbierze, strach, lęk nazwijcie jak to sami chcecie odbierał mi odwagę, żeby zawalczyć o swoje i dziewczynek życie. Przecież Sebastian nie jest agresywny po alkoholu, pracuje, zapewnia nam podstawowe potrzeby, to nie jest zły człowiek ma swoje słabości jak każdy, ale przecież nie robi nam krzywdy!. Pomyślcie ile z Was OKŁAMUJE się teraz, myśląc o swoim partnerze, rodzicu, dziecku w taki sam sposób tak jak ja o Sebastianie w tamtym momencie. Teraz już wiem, takie myślenie to jest równia pochyła prowadząca coraz niżej i niżej , aż do….”bram piekieł’ i to nie tylko mnie. Pamiętam jak dowiedziałam się, że jestem w ciąży…. Byłam przerażona , i to tak bardzo jak przerażona być można, w głowie kłębiło mi się milion myśli, jak dam sobie rade, jak przyjmą nowe rodzeństwo dziewczynki jak?, jak?, jak? Jedyny plus z ciąży to taki, że mój mąż się bardzo zmienił na korzyść. Przestał pić, pracował opiekował się mną. Niestety okazało się, że to ciąża bliźniacza. Maluchy są ze sobą połączone… Moją jedno serce…. Nie było szans na przeżycie… Poroniłam…… Myślę ,że już wtedy był koniec naszego małżeństwa….Ja uciekłam w pracę, on w alkohol…. Obydwoje potrzebowaliśmy terapii…. Nikt z nas tego nie chciał… każdemu z nas wydawało się, ze sam doskonale poradzi sobie ze wszystkim, sam ze sobą i swoimi problemami też. Nic bardziej mylnego „równia pochyła” wciąga jak magnes, wciąga jak bagno i nie chce wypuścić ze swoich macek. Zaczęły się awantury…. Bijatyki…. Policja… Niebieska karta. Jedna… druga… trzecia… piąta….. Nieprzespane noce… Strach dzieci… Płacz…. :( Kradzieże domowych pieniędzy przez Sebastiana, przepijanie pieniędzy przeznaczonych na opłaty np. na przedszkole dziewczynek…. Można by było książkę napisać z przykładami…
Przestał pracować, kłamał w żywe oczy…. Nie dotrzymywał słowa. Odbierał dzieci z placówek oświatowych pod wpływem alkoholu dzieci wracały do domu przerażone…. Pił również jak byłam w pracy, a on miał sprawować upiekę nad dziećmi w domu, Teraz wiem jak bardzo musiały bać się dziewczynki… dzisiaj gdyby mi ktoś powiedział, ze mogę powtórzyć im taki scenariusz…rzuciła bym się na niego z pazurami, darła bym wszystko i wszystkich z całych sił, żeby tylko nie powtórzyć tego co już się zdarzyło. To teraz a wtedy…. Odchodziłam z 5 razy na pewno i wracałam… Obiecywał, przepraszał, błagał…. Tak żyliśmy 4 lata….. W tym czasie przeżyłyśmy przeprowadzki, niepłacone wynajmy, opłaty, ucieczki…. (Ci, którzy czytają blog od początku znajda w tym opisie przeprowadzek moje życie sprzed 20 lat..) I jak tu nie wierz „samospełniające się proroctwa? Tego czego najbardziej się bałam stawało się faktem :( ) NO PRZECIEŻ ZAPŁACIŁEM….. słyszałam stale…, a że musimy uciekać……
W tym wszystkim uczestniczyły dzieci… Niepewne…. Bojące się nocy…. Widzące przemoc…. Pijanego „tatę”. Prosiły mnie abym od niego odeszła…. Przez własną głupotę straciłam wiele możliwości lepszego życia…. Każdy kto jest lub był WSPÓŁUZALEŻNIONY wie o czym piszę…. Byłam tak zaślepiona, że fundowałam dzieciom takie samo (a może gorsze) dzieciństwo jakie ja miałam. 

W tamtym roku w październiku miałam wszystkiego dość… Myślałam o popełnieniu samobójstwa… miałam na stole naszykowaną garść tabletek i.. Wtedy pojawił się mój ANIOŁ STRÓŻ… LIDIA JAROCH.. Niesamowita osoba, pełna ciepła, empatii, zrozumienia, nie oceniała, nie pytała dlaczego? Pomagała z samej chęci niesienia pomocy, wspierała, podpowiadała co mogę zrobić, jak postąpić, a jak zaczynałam się łamać, dawała tyle pozytywnej energii, że wracałam na „dobre tory”, bo jak tu nie wrócić jak ktoś tak bardzo w ciebie wierzy? Tak naprawdę dzięki niej dziś żyje…. Dzięki niej zmieniam moje życie….. Ona twierdzi, że to wszystko moja zasługa… A Ja wiem, że gdyby nie ona to dziś by mnie tu nie było…. LIDIA KOCHANIE - DZIĘKUJĘ.

Dzięki pomocy Lidii : -odeszłam od toksyka -przestałam uciekać -zaczęłam terapię -pomalutku zaczynam dogadywać się z dziećmi -układam swoje życie -naprawiam błędy –uwierzyłam, że dam radę.

W przeciągu 17 lat: *urodziłam trzy córki *przeszłam dwa małżeństwa *byłam uzależniona od alkoholu, narkotyków *kłamałam, kradłam, oszukiwałam *zniszczyłam życie paru osobą *przeżyłam gwałty *poronienie *próby samobójcze *zaliczyłam oddziały psychiatryczne *odebranie i odzyskanie dzieci *”pracę” jako prostytutka. Tak-jest mi cholernie wstyd….

WSPOMNIENIA
Ten wpis miał się zacząć od TERAŹNIEJSZOŚĆI, ale jak to zwykle bywa człowiek planuje, a życie pisze scenariusze, a może inaczej, gdybym nie zataiła faktów, mogła bym pisać o teraźniejszości, a tak muszę się cofnąć do przeszłości, żeby być zgodną ze sobą i prawdą. Już wpis miał iść, gdy dostałam maila od mojego męża. Pozwolę sobie go przytoczyć: „Cześć. Nie wiem czy to w ogóle przeczytasz. Długo nad tym wszystkim myślałem. W końcu stwierdziłem, że pora wyjaśnić parę rzeczy. Wiele błędów zrobiłem-wiem o tym. Upijanie się, kradzież pieniędzy, opieka nad młodymi jak byłem po alko. Zawodziłem Twoje zaufanie, kłamałem, oszukiwałem. Wiem to wszystko i wstyd mi. Nie tak to miało wyglądać-przepraszam. Mam tylko jedną prośbę-będę co miesiąc wysyłać młodym pieniądze. Kupuj im coś-jak nie chcesz to nie mów, że ode mnie. Je skrzywdziłem najbardziej. Wiem, że się rozwodzimy i tego już nie naprawię. Miałem swoją szansę-straciłem Ją. Przepraszam. Sebastian.  P.S. Na koniec chciałbym abyś posłuchała jak to wyglądało z mojej strony. Jak przyjąłem się do Obi w Tobie ujęły mnie Twoje smutne oczy. Nie byłaś taka jak twoje koleżanki. Specjalnie ustawiałem zmiany aby być na ochronie wtedy jak ty jesteś na kasie. Pamiętam, jak odprowadzałem Cię do domu a potem szedłem 20 km na piechotę… Ale nie o Tym. Pamiętam tak zgodziłaś się być moją żoną-byłem szczęśliwy. Pokochałem dziewczynki jak swoje.. Wszystko się układało i wtedy straciłem pracę. To była jesień… Postanowiłaś, że Ja zostanę w domu z młodymi a Ty będziesz pracować. Starałem się naprawdę-gotowałem, sprzątałem, robiłem lekcje z młodymi. Ty wciąż byłaś w pracy… Wracałaś zła jak osa…. Nie odzywałem się… Starałem się zrozumieć. Zaczęłaś popijać. W domu wieczorem jak to mówiłaś „dla rozluźnienia” potem wracałaś z pracy wypita. Ile razy słyszałem z Twoich ust „CIPA JESTEŚ NIE FACET”. Pamiętam jak dowiedziałem się, że mnie zdradziłaś…. z moim przyjacielem… Kurwa mać… Moje EGO zostało zdeptane – zacząłem pić. Nie usprawiedliwia to mojego zachowania-chcę abyś zrozumiała. Pamiętam dzień kiedy powiedziałaś mi, że jesteś w ciąży…. Szalałem ze szczęścia…. Miałem nadzieję, że wszystko się zmieni. Niestety straciliśmy nasze maleństwa… To był chyba koniec tak naprawdę. Ty uciekłaś w pracę Ja w picie. A w tym wszystkim były dzieci.. Wtedy związałaś się z Maćkiem. Znikałaś z domu na 3-4 dni. Ja zostawałem z dziećmi próbując wytłumaczyć i gdzie jest mama. Wtedy przydusiłem Cię pierwszy raz - wszystko we mnie pękło jak z szyderą w głosie po nieobecności 3 dni w domu powiedziałaś. JESTEŚ CIPA WIĘC NIE DZIW SIĘ, ŻE CIĘ ZDRADZIŁAM. Nie powinienem podnieść ręki…. Może wtedy powinniśmy się rozstać… Może byłoby lepiej…. Chciałem to ratować…. Ale jak? Na każdym kroku pokazywałaś mi jaki jestem nieudacznikiem, miałem wrażenie, że czekasz tylko aż mi się noga podwinie… I tak było… Wtedy pastwiłaś się psychiczne rujnując moją głowę do końca… Ile razy dostałem od Ciebie po mordzie? Rzucałaś wszystkim co miałaś pod ręką…. Twoje słowa bolały bardziej niż ciosy…. Wtedy drugi raz Cię przydusiłem i wybiłem dwa palce - przepraszam. Ale „Ala” ….Ile można?? Wiesz, że jak piłaś to wpadałaś w szał… Z byle powodu. Nie chcę Cię oskarżać i obwiniać ponieważ moja wina też była. Chcę tylko abyś zrozumiała ,że to nie tylko moja wina… Lżej mi na sercu jak to napisałem. Życzę Ci wszystkiego najlepszego i jeszcze raz przepraszam."

Ruszył mnie ten mail… Dlaczego? Ono dlatego, że zdałam sobie sprawę z faktu, że zataiłam część prawdy…. Dlaczego???? Myślę, że była to forma ucieczki. A Ja JUŻ nie uciekam… A więc cofnijmy się do tematu Sebastiana. Tak jak pisałam wcześniej to był złoty człowiek. Do momentu jak nie zaczął pić… Jednak jak to mówią KIJ MA DWA KOŃCE….
Pamiętam jak stracił pracę (firma splajtowała). Szukał, ale nie mógł znaleźć. Więc siedział w domu. Sprzątał, gotował, prał, zajmował się dziećmi… PASOWAŁO MI TO - OJ JAK BARDZO MI TO PASOWAŁO… No i wpadłam na „genialny” pomysł… Przecież dobrze zarabiam - mogę pracować a Sebastian siedzieć z dziećmi… A że albo BYŁO TAK JAK JA CHCĘ ALBO WCALE - zgodził się. Miałam wolną rękę… Pracowałam po 12-16 godzin… No przecież ktoś musi zarabiać skoro ten NIERÓB nie robi… Teraz widzę, że to była idealna wymówka z mojej strony…. Trzeba było wysłać go do pracy a samej siedzieć z dziećmi - teraz to wiem… A wtedy??? Po pracy jakiś drink (no przecież trzeba się odstresować) Wyliczałam go z pieniędzy… Sprawdzałam rachunki… Jak to mogło wpłynąć na jego psychikę? Zaczął pić… Po moim poronieniu jeszcze bardziej… Wtedy na imprezie służbowej zdradziłam go… Oczywiście powiedziałam mu o tym… Pamiętam jak płakał… Nie wierzył mi… z jego przyjacielem…-wybaczył. Było chwilę spokoju… Wtedy poznałam jego… Maciek… Przystojny, imponwał mi, prawił komplementy… Mówił, że jestem piękna, mądra, urocza itd… Jak człowiek na co dzień nie rozmawia z partnerem a tylko „warczy” na niego to tak się kończy.. Tak bardzo brakowało mi czułości, przytulenia… Czemu nie rozmawiałam z Sebastianem o tym??? Chyba było mi tak wygodnie. Potrafiłam znikać na 3-4 dni z domu zostawiając Sebastiana z dziećmi…Sebastian wiedział, że do niego jeżdżę… Prosił, błagał… Byłam nieczuła na jego łzy… Tak naprawdę cały czas czekałam jak mu się noga podwinie… Kiedy zapije.. Nie załatwił czegoś… Ukradnie pieniądze… Prowokowałam go do tego…… Czekałam tylko aby się opił… Wtedy się dopiero zaczynało… Wyzwiska… Bicie…. Rzucanie czym popadnie… Czekając na jego reakcję… Tak-STOSOWAŁAM PRZEMOC WOBEC WŁASNEGO MĘŻA.

Pisząc to płaczę-czemu?? Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, że niszczyliśmy się nawzajem. Oczywiście nie usprawiedliwia to jego picia, kradzieży, podniesienia ręki na mnie… czy sprawowanie opieki nad dziećmi pod wpływem. Tutaj bezsprzecznie zawalił. Pamiętam jak któregoś razu będąc na nocnej zmianie nie mogłam się dodzwonić do Sebastiana. Wysłałam tam znajomą… Zadzwoniła do mnie przerażona… Powiedziała… Ala-dzieci śpią… ale w pokoju jest pełno krwi… Sebastian jest nieprzytomny… Podciął sobie żyły… Tak mój mąż próbował sobie odebrać przeze mnie życie… Do tej pory widzę ogromne blizny na jego ręce… Pamiętam jak kilkanaście razy wywalałam go z domu… Za każdym razem po jakimś czasie dzwoniąc i prosząc o pomoc przy dzieciach. Przyjeżdżał, pomagał… I tak w kółko…. JA DDD ON DDA. Obydwoje poranieni, ze spieprzonym dzieciństwem bez terapii, pomocy. Czasu nie cofnę, naszego związku nie uratuje.

Boli… Tak cholernie boli…. Czy go kocham?-Zapyta ktoś. Na swój sposób na pewno….

TERAŹNIEJSZOŚĆ w przyszłym tyg………

TERAŹNIEJSZOŚĆ
Chciałabym móc napisać, że jest super. Brak problemów i wszystko się układa. Skłamałabym.. A nie o to tutaj chodzi…. Są lepsze dni. Takie gdzie wieczorem pękam z dumy, że tak świetnie sobie poradziłam. Są też takie wieczory, że ryczę do poduszki i jestem wściekła na cały świat. A najbardziej na SIEBIE …. CZEMU? Bo np.: -krzyknęłam na dziecko -zdenerwowałam się -mocniej złapałam za rękę niż powinnam -wybuchnęłam agresją…. Chciałabym OD RAZU być IDEALNA…. A tak się nie da.

Lidia powiedziała mi kiedyś NIE MUSISZ BYĆ IDEALNA-IDEAŁÓW NIE MA…. Ostatnio przeczytałam bardzo mądre zdanie: NIE MUSISZ BYĆ IDEALNA-WYSTARCZY, ŻE BĘDZIESZ WYSTARCZAJĄCO DOBRA…. Myślałam, że jak zacznę się zmieniać to wszystkie moje problemy znikną… Nic bardziej mylnego. One są, były i będą. Wcześniej było o tyle „łatwiej”, że jak pojawiały się problemy to Ja brałam nogi za pas i uciekałam. Teraz staje z nimi twarzą w twarz i rozwiązuję. Oczywiście są momenty kiedy chcę uciec… Niestety, albo stety ta moja cholera (kocham Cię Liduniu) jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki dzwoni…. I słyszę jak się masz maluszku? (Wrrrrr, a w duchu-idź do diabła, musisz akurat teraz się odzywać jak szykuję drogę ucieczki?????) …..co się stało? opowiadaj……tylko bez ściemy kochana,…. zaczynam opowiadać i co słyszę? „takimi „drobiazgami” się przejmujesz? Przeszłaś tyle i dałaś radę to też i z tym poradzisz sobie. A teraz pomyślmy co można z tym zrobić” I tym sposobem nie uciekam, tylko rozwiązuję… rozwiązuję, bo okazuje się, że to co mnie tak przeraziło wcale takie straszne nie jest, można postąpić tak i tak, albo jeszcze inaczej i przestać się bać, a zacząć działać Ile razy pomstowałam, wyklinałam w duchu Lidię to tylko Ja wiem.. Zmieniam swoje życie, nastawienie, sposób myślenia. Odstawiłam ludzi którzy nic dobrego nie wnosili w moje życie.

Jest ciężko-czasami cholernie ciężko. Przestałam się dziwić sobie. Tak naprawdę dopiero teraz zaczynam raczkować w temacie normalnego życia….. Przeszłość bardzo odbiła się na mojej psychice. Jednak teraz wiem, że warto się zmieniać. Warto zacząć WALCZYĆ o siebie i swoje życie.

Koniec…..Przerywam ten krąg w mojej rodzinie. Chcę aby moje dzieci miały NORMALNE życie.

JAK WYGLĄDA TERAŹNIEJSZOŚĆ
Przebywam na zdrowotnym L-4, czeka mnie operacja, ale wiem, ze przebiegnie pozytywnie, musi tak być, nie dopuszczam do siebie innego rozwiązania :)
Uczę się niemieckiego – mam plan i w tym zakresie, tak, jak to mówią „dobra gospodyni zawsze ma coś w zapasie”, a ja staram się i uczę ze wszystkich sił taką właśnie być, mieć coś w ‚zapasie” a ,ze najlepszym ‚zapasem” jest głowa UCZĘ SIĘ :) i mówię wam to z największa dumą, ja wiecznie uciekająca od nauki, uczę się z własnej nie przymuszonej woli, uczę się :) Uczę się też tak naprawdę moich dzieci, świadomie, obserwuję je, analizuję zachowanie ich i swoje, poskramiam złe emocje. Teraz dopiero zaczynam budować relację między nami. Staram się naprawić to co się da naprawić. Zaczęłam też dbać o siebie (tak byłam u fryzjera i kosmetyczki), wiem, ze dbając o siebie, będę szczęśliwsza i lepiej zadbam o innych (dzieci), wiem, że one mnie będą naśladować, to co ja zrobię ze sobą i swoim życiem, one je powielą, a, że kocham je tak bardzo jak kochać tylko można, chce, żeby miały dobre wzorce do naśladowania-mnie.
W końcu dociera do mnie że: jestem wyjątkowa i warta wszystkiego co najlepsze, tak jak wszyscy Ci, którzy żyją na tym świecie, jestem wyjątkowa, kocha mnie świat i życie, bo jak inaczej wytłumaczyć sobie, że po takich traumach daję radę? wstaję, uczę się , nie poddaję i co ważne…WSZYSTKO CO ZAPLANUJE (no prawie wszystko :) ) udaje się wykonać. Już nie muszę uciekać, już nie muszę się bać, już nie muszę... A, że są dni gdzie płaczę w poduszkę, są i pewnie każdy je ma, ale to nie znaczy, że się poddam.

CO U MNIE?
Jak zdecydowałam się pisać życiorys-nie miałam pojęcia jak bardzo wpłynie to na moje życie. Wiedziałam, że będzie bolało ale, żeby aż tak.. Wiedziałam, że ruszę „niewygodne” dla siebie tematy… Wiedziałam, że będę przed samą sobą musiała przyznać się do wieeeelu błędów. Przyznawałam się wielokrotnie z‚ duszą na ramieniu” zastanawiałam się jak mnie odbierzecie, czy nie zostanę ‚obsobaczona’ za wszystko co zrobiłam, czy nie uznacie, że jestem taka bo sama na to zasłużyłam. Pisałam i mimo strachu jaki przeżyłam powiem, że BYŁO WARTO. Poczułam OGROMNĄ ULGĘ. Ciężko to wytłumaczyć, jednak gdy „zmierzyłam” się z przeszłością nastąpiło coś niesamowitego…. Wybaczyłam sama sobie -myślałam, że nie potrafię. A jednak można, słowo Wam daje można!! To tak jak by ogromny ciężar spadł mi z pleców….poczułam się wolna, spokojna i pewna, ze ‚wór’ jaki ciągnęłam już nigdy mnie nie przygniecie. To znak, że zamykam pewien ciężki rozdział w moim życiu. Coś przez co nie mogłam iść dalej bo ciągnęło mnie w dół….Już nie ciągnie, już nie. Coraz lepiej zaczynam się dogadywać z małą Alą My naprawdę zaczynamy być przyjaciółkami…. Uczę się kochać samą siebie… Jest dobrze… Potrafię już stanąć przed lustrem i powiedzieć: ALA-KOCHAM CIE,JESTEŚ WYJĄTKOWA I WARTA WSZYSTKIEGO CO NAJLEPSZE :-)

Ale zanim zacznę być zupełnie zadowolona ze swoich poczynań muszę się zmierzyć z: AGRESJĄ I KRZYKIEM. Z tymi „cholerami” mam problem praktycznie całe życie… Ciąży mi to bardzo bo poszkodowane są najbliższe mi osoby. Osoby na których najbardziej mi zależy… Osoby które są całym moim życiem…. Wiem, że źle robię…. Źle mi z tym i czuję wstyd…. Na spokojnie gdy o tym myślę to wiem, że nie powinnam… Tłumaczę sobie, że to źle… że tak nie można…. Wiem, że krzykiem tylko rujnuję psychikę dzieci… Na „sucho” Ja to wszystko wiem…. A potem? Wpadam w lawinę agresji, krzyku, szarpania…. Tak jak ostatnio… To była sobota… Próbowałam otworzyć oczy z potwornym bólem głowy…
-”ZOSTAW TO MOJE”
-NIEEEEE,TO MOJE”
-”TY DEBILKO URWAŁAŚ”
-MAAAAMMMMOOOO
-ZOSTAW TO,NIE RUSZAJ MNIE!!
-A MASZ….
-PŁACZ
No i co?? Wstałam z nerwami…opierdzieliłam całą trójkę… Wydarłam się na wszystkich… Czy Ja nie mogę normalnie cholera wstać? Czy wy nie potraficie się dogadać? Tylko codziennie to samo?? Czułam, że zaczynam przesadzać, że słowa lecą jak lawina i powinnam się ZAMKNĄĆ…Nie potrafiłam….lawina leciała a one patrzyły na mnie przerażonymi oczami….Atmosfera w domu była napięta….Zrobiłam śniadanie nie odzywając się słowem…. Dziewczynki były smutne……Widziałam to po nich…Mnie tez było przykro i wstyd….
Po śniadaniu znów się zaczęło……Znów się wydarłam...Znów smutne oczy dzieci…ZNÓW,ZNÓW,ZNÓW….Musiałam wyjść z domu bo czułam narastającą wściekłość…..Usiadłam na ławce i się rozpłakałam…..Bo o co tak naprawdę poszło??? O to, że jedna nie reagowała na prośby??O to, że się biły? O to, że druga pyskuje? To chore…..Najbardziej przykre jest to, że w momencie gdy Ja zaczynam krzyczeć dziewczynki się „wyłączają”. Boją się…. Moje dzieci się mnie BOJĄ…. Boże... Po sobotniej sytuacji doszłam do wniosku, że NIE CHCĘ TAK… Nie chcę aby moje dzieci żyły w niepewności.. strachu….lęku….Nie….Nie zgadzam się. Muszę walczyć z tą „cholerą”. Moje dzieci zasługują na najlepszy dom…. Musze napisać tez o moim spadku formy…..to na wypadek gdyby któreś z Was uznało, że mimo pracy nad sobą „coś idzie nie tak”. Po około 5-ciu miesiącach szaleńczej pracy nad sobą przyszedł kryzys….Ale jak? Czemu? Co się stało??

NIE ZGADZAM SIĘ-CHCĘ DALEJ…. Byłam rozbita psychicznie… Nie rozumiałam co się dzieje… Byłam zła… Sfrustrowana…. Na szczęście Lidia wytłumaczyła mi wszystko…. Te zmiany które były dla mnie priorytetowe zostały załatwione… Organizm musiał odpocząć…. I tak przez cały tydzień nie licząc zwykłych codziennych obowiązków nie robiłam NIC ….. Odprowadzałam dzieci, wracałam do domu i …. SPAŁAM…. Na początku miałam wyrzuty sumienia… A potem? Skoro chcę spać-to śpię… To było mi potrzebne, bardzo potrzebne. Każdy organizm przy takich zmianach by się zbuntował. Ja zrozumiałam, że nie ma sensu robić czegoś przeciwko sobie :)

Teraz jest nowy tydzień… Pomalutku szykuję się na wyjazd do rodziców na święta… W tym roku będzie troszkę inaczej…. Pierwsze święta bez Sebastiana…. To będzie nowe doświadczenie. Odpoczęłam i planuje nowe zmiany w swoim i dziewczynek życiu… Przecież tyle jeszcze mogę zrobić, tyle zmienić na lepsze, tyle wspaniałych doznań nas czeka :) A teraz zwrócę się do jednej z osób czytających mojego bloga: KAROLINA - Chciałam Ci podziękować za wszystkie słowa otuchy i wsparcia. Jesteś wspaniałą osobą i czuję, że kiedyś się poznamy :) Innym tez dziękuje najpiękniej jak umiem, każdy wasz głos jest dla mnie niezwykle ważny, długo analizuje, myślę nad każdym waszym słowem. Dziękuję za to, że jesteście. A przy okazji :) ZDROWYCH SPOKOJNYCH ŚWIĄT WIELKIEJ NOCY. RODZINNEJ ATMOSFERY I UŚMIECHU NA TWARZY :) życzy Ala z rodziną :)

ŚWIĘTA
Na samą myśl o tegorocznych świętach robiło mi się słabo…. Z paru powodów…. Długa podróż z Trójką dzieciaków… Ja z kulami…. Święta bez Sebastiana…. Jednak powtarzałam sobie, że Ja już nie uciekam…. Ja stawiam czoło wszystkiemu co mnie spotka… No i tym oto sposobem spakowałam torby i ruuuuszyłam…. Zdałam sobie sprawę z tego, że bardzo wiele zależy od mojego nastawienia….. Zauważyłam to w momencie jak przestałam krzyczeć. BA-Nawet podnosić głos… to była ciężka podróż-nie było idealnie. Trzy razy musiałam wyjść z przedziału i wziąć parę głębokich oddechów. Uf udało się-dotarliśmy bez krzyku, podnoszenia głosu. Widziałam zdziwienie w oczach dziewczynek.. No bo jak to?? My dajemy w kość, dokuczamy, bijemy się….A mama? Nie krzyczy nawet głosu nie podnosi?? Co jest??? Im bardziej młode sprawdzały w którym momencie wybuchnę tym bardziej Ja byłam spokojna….I powiem szczerze, że bawiły mnie ich miny :) TO BYŁY WYJĄTKOWE ŚWIĘTA
Dlaczego?
Dlatego, że w momencie witania się z moją mamą zdałam sobie sprawę z tego ,że jej wybaczyłam? Jednocześnie wybaczając sama sobie?-ulga….. A może dlatego, że przeżyłam je świadoma swoich mocnych i słabych stron? Świadoma tego, że Ja nic nie MUSZĘ  a jedynie MOGĘ? A może dlatego, że te święta były bez „spiny” na spokojnie? Dziewczynki we wszystkim pomagały… I co z tego, że warzywa były grubo pokrojone? Co z tego, że ciasto nie wyszło idealnie? A kuchnie trzeba była sprzątać godzinę? Ich duma i radość z tego, że one TEŻ szykują święta była bezcenna. Uświadomiłam sobie ile błędów wcześniej popełniałam…. Wszystko zawsze szybko… szybko… Odejdzi…. nie dotykaj… przesuń się…. wyjdzi….. To niszczyło moje dzieci…. teraz to wiem….. W poniedziałek wielkanocny kładąc moje „aniołki” spać usłyszałam: MAMO-CHCEMY MIEĆ ZAWSZE TAKIE ŚWIĘTA I TAKĄ CIEBIE. Popłakałam się…… Poszłam zapalić i płakałam jak małe dziecko…. Z emocji? Dumy? Wzruszenia? Chyba wszystko naraz… W drodze powrotnej młode dały popalić jak nigdy…. Pierwsze 4 godziny podróży miałam ochotę wyrzucić je przez okno na najbliższej stacji….
-MAMO,MAMO,MAMO…….
-Bo ona….
-Nie to ona….
-Głupia jesteś….
-Ty jesteś głupia……
-Nienawidzę Cię…
-Mamo powiedz jej coś….
-Mówię Ci coś…
-Nie tak jej powiedz….
-Mówię Ci inaczej
-Ty zawsze jej bronisz bo jest młodsza….

I tak w kółko Macieja…. W pewnym momencie jak popatrzyłam na ich powykrzywiane z nerwów buźki…. Zaczełam się ŚMIAĆ…..Chyba cały pociąg mnie słyszał…. Nagle się pogodziły i skupiły na mnie :) Wszystkie trzy wyskoczyły JAK JA ŚMIĘ SIĘ Z NICH NABIJAĆ??? A mi aż łzy ciurkiem leciały… Tak się śmiałam….. Pomimo 11h podróży (2h opóźnienia) i ogromnego zmęczenia byłam szczęśliwa… Dałam radę…. Ja Ala dałam sobię świetnie radę…. Byłam MEGA DUMNA Z SIEBIE…

Lidia prosiła abym obserwowała zachowanie dziewczynek na moją zmianę „taktyki”. Chodzi o KRZYK I AGRESJĘ (pisałam o tym poprzednio). Więc zauważyłam pewną ciekawą rzecz…. Im bardziej Ja podnosiłam głos tym bardziej młode stawały się „głuche” i robiły na przekór…. Jak staram się nie podnosić głosu młode słuchają co mówię… Efekt? Mnie nie boli gardło i nie mam wyrzutów sumienia a młode nie boją się….. Chciałabym móc napisać „jest idealnie” jednak zdałam sobię sprawę z tego, że idealnie jest tylko w bajkach….. Ja nigdy nie będę idealna…. I w sumię chyba nie chcę być… Popełniam błędy-jak każdy.Ważne aby wyciągać z nich wnioski i starać się nie powtarzać tych samych. Z każdym porankiem nastaje nowy dzień… Zmienisz wczoraj? Nie… Możesz zmienić DZISIAJ…. Więc przestań się zastanawiać „co by było gdyby” tylko skup się na tym co jest TERAZ… Nie jestem psychologiem-od tego mam Lidię (Kocham Cię skarbie)/ Przekazuje Ci tylko moje spostrzeżenia.. Życie jest za krótkie aby przejmować się dniem wczorajszym… W piątek mam operację kolana-kciuki mile widziane :) :) Pozdrawiam bardzo serdecznie, Ala
CDN.

OPERACJA I ZAPICIE
Wracając ze świąt miałam mętlik w głowie. Osoba która deklarowała pomoc przy dziewczynkach na czas pobytu w szpitalu wycofała się. Nie chcę „zagłębiać” się w powody… Dla mnie były bardzo błache…. Było mi przykro… Cholernie przykro zwłaszcza, że sporo tej osobie pomogłam. Ale cóż?? Tak wygląda życie… Dzieciaki spały na fotelach, a Ja tysiąc myśli…. Co teraz? Zrezygnować z zabiegu? Przecież innej opcji nie ma… Wujek nie poradzi sobie z trójką dzieci… No, ale jak zrezygnować? Przecież muszę zrobić porządek z kolanem bo inaczej na wózku wyląduje… Co byłoby wtedy z dziećmi? Pozwoliłam moim łzą płynąć.. Już nie uważam ich za oznakę słabości. Już nie wstydzę się płakać…. Moje przemyślenia przerwał telefon ze świetlicy środowiskowej…
-PANI „ALU” JEST W PIĄTEK WYJAZD W GÓRY,I TAK MYSLIMY ABY ZABRAĆ ANGELE. POWRÓT W NIEDZIELĘ….ZGADZA SIĘ PANI??? Gdybym mogła to przez ten telefon bym ją wycałowała….. Kamień który spadł mi z serca słyszeli chyba w całym pociągu… Teraz płakałam jeszcze bardziej, ale z radości…. Tym o to sposobem w piątek równo o 7mej rano zgłosiłam się na izbę przyjęć. Bałam się…. Tak cholernie się bałam… Nie o siebie, ale o młode….. Jeżeli coś pójdzie nie tak?? Jeżeli się nie wybudzę??? Jeżeli będą komplikacje?? JEŻELI…. JEŻELI…. Te myśli mnie rujnowały….. Dopiero po operacji analizując sytuację uświadomiłam sobię: JAKIE ZNACZENIE MA TO CO MYŚLIMY… Przeżyłam, wszystko się udało.. Jak to mówi moje dziecko „ani nie zdechłam, ani nawet nie umarłam”. Z tego weekendu niewiele jest do pisania… Większość czasu przespałam… O jednym chcę napisać…

Mianowicie o fakcie WSPARCIA…. Przykre a jednocześnie bardzo pouczające mam doświadczenie…. Osoby z „grupy” pisały i dzwoniły parę razy dziennie Jak się czuje? Jak noga? Osoby niby mi „bliskie” nie napisały nawet jednego sms… Żyjesz? Zdechłaś? Nie użalam się ani nie mam pretenscji.. Po prostu było mi cholernie przykro…. A jednocześnie bardzo potrzebne… Otworzyły mi się oczy… Oj jak bardzo mi się otworzyły…. Transport ze szpitala do domu załatwiła mi osoba od której tego bym się nie spodziewała…. Jak pomogli mi się „wydrapać” na to moje 4 piętro usłyszałam: PAMIĘTAJ PRAWDZIWYCH PRZYJACIÓŁ POZNAJE SIĘ WTEDY GDY JEST ŹLE… Jakie to prawdziwe…. Usiadłam na łóżku z kawą w ręce i poczułam ULGĘ… Że jestem już w domu, że wszystko się udało, że jest ok. Byłam pewna, że ze wszystkim sobię poradzę… Myliłam się…. Zdałam sobię z tego sprawę w momencie jak próbowałam z dwoma kulami odnieść kubek do zlewu.. Nie do końca wiem jak to wytłumaczyć… Jeżeli w życiu masz świadomośc, że możesz liczyć tylko na siebie… I wszystko robisz sama to nagłe uświadomienie sobię, że sama to możesz się tylko wysikać wprawia W WIELKI SZOK I FRUSTRACJE…… Kiedy patrzysz jak ktoś próbuje ogarnąć Twoje dzieci a Ty nie możesz nawet im herbaty zrobić… Czujesz bezsilność, złość, czujesz się niepotrzebna….. I znów wracamy do punktu SIŁY MYŚLI…..

Zamiast stwierdzić „OK-potrzebuję pomocy, ale jest to chwilowe. Kolano się zagoi będę mogła chodzić i wszystko wróci do normy ”To Ja zaczełam się użalać nad sobą… Jaka to jestem biedna i nieszczęśliwa…… Pitu, pitu - Jak to mówi Lidia.. Teraz wiem… A wtedy??? Zrobiłam najgorszą rzecz jaką mogłam zrobić…. Kazałam sobie kupić piwo… Jako trzeźwiejąca alkoholiczka mając świadomość, że nie mogę GRAMA  alkoholu kazałam sobie go kupić… To była porażka…. Oczywiście na jednym piwie się nie skończyło… Upiłam się…. Straciłam ponad pół roku trzeźwości.. Upodliłam się… Oczywiście zaczełam wydzwaniać do mojego męża… I z całymi pretensjami świata…. Wysłuchał mnie po czym powiedział zdanie którego nie chciałam nigdy usłyszeć… IDZI SPAĆ,WYTRZEŹWIEJ-JAK BĘDZIESZ CHCIAŁA POROZMAWIAMY RANO…. To było jak policzek……

Po przebudzeniu ogromny kac to był mój najmniejszy problem… Byłam wściekła… Sama na siebię…. Było mi tak cholernie wstyd….Przed soba, przed Lidią. Przed wszystkimi którzy tak we mnie wierzyli… Zawiodłam… Lidię, dzieci… A przede wszystkim SIEBIE… Zdałam sobię sprawę jak jeszcze jestem słaba wzgledem powiedzenia NIE alkoholowi…… To mi uświadomiło jak dużym ryzykiem dla trzeźwiejącego alkoholika jest popatrzenie na alkohol, pomyślenie o tym aby się napić.. Wyrzutów sumienia ,wściekłości na siebie jakie czułam nie zapomnę do końca życia….. I bardzo mnie to cieszy…. Mam nadzieję, że więcej tego błędu nie popełnię…. I tutaj znów ukłony w stronę mojej Lidusi…. Nie pozwoliła mi się użalać nad sobą…. Kawałek naszej „rozmowy”
L-Jak się czujesz?
J-Umieram….
L-Jak już „UMRZESZ” to daj znać zdzwonimy się…
J-………Co mam sobię kupić aby przestało boleć?
L-Młotek??? :-)
J-……..
L-Skończyłaś się użalać? spinaj pośladki i robimy analizę tego co się stało
J-WRRRR JAK JA CIĘ NIENAWIDZĘ…….. :-)

REASUMUJĄC…
Żałuję tego co zrobiłam, jest mi wstyd.. Jednak czasu nie cofnę. Mogę tylko wyciągnąć wnioski i iść dalej. Do Ciebie mam jedną prośbę.. Jeżeli jesteś trzeźwiejącą alkoholiczką/alkoholikiem… Nie patrz nawet na alkohol….. Ten podstępny nałóg będzie się o Ciebie upominał.. Nie daj się !!!! Nie warto  !!!! Ja to teraz rozumiem. „Dziecko chce być dobre… Jeżeli nie umie – naucz… Jeżeli nie wie – wytłumacz…. Jeżeli nie może – pomóż….”

REKONWALESCENCJA
Nie licząc „wpadki” z alkoholem mój powrót do zdrowia przechodzi nadzwyczaj dobrze. Jak to mówi moje dziecko „NAUMIAŁAM” się wielu czynności np. jak zrobić kawę stojąc na jednej nodze, lub jak przygotować posiłek opierając nogę o kulę-Jestem dumna hihi. Jest u mnie mój wujek. *Zawozi, odbiera dzieci ze szkoły *Jeździ na badania, do psychologów, na socjoterapię. *Przejął wszystkie moje obowiązki domowe.
Jestem mu bardzo wdzięczna i wszystko było by dobrze gdyby nie… No właśnie.. Dwie sprawy….

PIERWSZA:
Wujek jest z tego „pokolenia” gdzie krzyk i kary cielesne były na porządku dziennym….. Moje dziewczynki są cudownymi dziećmi, jednak jak już wcześniej wspomniałam-w momencie jak ktoś zaczyna podnosić na nich głos to zaczynają być „głuche” i robią na przekór…. No i są zgrzyty. Przytoczę część jednej wieczornej rozmowy:
W- Co Ci?
J-Chcesz wiedzieć?
W-Tak
J-Nie podoba mi się fakt, że podnosisz głos na młode, że je straszysz.
W-Jasne, niech Ci wejdą na głowę. Są rozpieszczone, wcale Cię nie słuchają.
J- Nie widzisz, że jak podnosisz głos, to robią na złość jeszcze bardziej?
W-Za moich czasów to by je pozabijali…
J-Boże dziękuję ,że nie żyłam w Twoich czasach
W-Z Tobą nie da się porozmawiać…
I tak to mniej więcej wygląda…. Jeszcze jakiś czas temu reagowałabym tak samo jak wujek. Teraz jestem bardziej świadoma i wiecie co? DRAŻNI MNIE TAKIE ZACHOWANIE WZGLĘDEM DZIECI…. Boże drogi, ale Ja się cieszę z tego powodu… To oznacza, że zaczynam zmiany w moim podejściu do dzieci :) ?? :) :)

DRUGA SPRAWA-ALKOHOL
Tak-wujek jest alkoholikiem…. Jak wstaję o 5.45 i widzę, że wujek kończy pierwsze piwo to aż mnie trzepie z nerwów…. W ciągu dnia się „ogranicza” bo Ja się denerwuję. A wieczorem? „Parę” piw to przecież nic złego-słyszę… A mi nóż w kieszeni się otwiera…. Jednak to też jest bardzo dobra lekcja….. Przypominają mi się własne słowa: PRZECIEŻ WIECZOREM JAK DZIECI ŚPIĄ A JA MAM WSZYSTKO ZROBIONE TO NIC SIĘ NIE STANIE JAK SIĘ NAPIJE…. Obserwując wujka widzę co alkohol potrafi zrobić z człowiekiem… Wujek ma padaczkę alkoholową, już parę razy ratowałam mu „tyłek” w trakcie ataku. Patrząc co się z nim dzieje zdałam sobie sprawę z tego, że DRAŻNI mnie to. Nie potrafiłabym żyć już z osobą pijącą pod jednym dachem. Cieszy mnie to odkrycie, ponieważ świadczy o tym, że „DORASTAM” :)

Mam nadzieję, że do końca tygodnia noga będzie na tyle sprawna, że wujek będzie mógł wrócić do siebie. Jestem zmęczona psychicznie jego obecność. Widzę też jak dziewczynki się zachowują… One nienawidzą alkoholu i na sam „zapach” dostają nerwa…. Jest wspaniałym człowiekiem i może dlatego tak mnie boli fakt co robi ze swoim życiem… Jednak jak to kiedyś powiedziała Lidia: ”Ktoś musi SAM chcieć zmiany, inaczej nic nie zrobisz”.  I to jest prawda… Jeżeli człowiek nie chce zmiany to nawet „święci” mu nie pomogą. Tak było ze mną Ile lat mi zajęło zrozumienie tego? Ci co czytają bloga od początku doskonale o tym wiedzą…

A TERAZ BĘDĘ SIĘ CHWALIĆ
Opowiem wam sytuację z piątku w której „wygrałam” bitwę :) Poranek….. Jak zwykle poranny rozgardiasz…. MAMOOOOO GDZIE MOJE MAJTKI?!

Niedziela Poniedziałek Wtorek Środa Czwartek Piątek Sobota Styczeń Luty Marzec Kwiecień Maj Czerwiec Lipiec Sierpień Wrzesień Październik Listopad Grudzień

Rejestrowanie nowego konta

Masz już konto?
Zaloguj się Lub Resetuj hasło